Relacja z pobytu chóru parafialnego w miejscowości WARCINO w dniach od 19 do 27 sierpnia 2005 r. (z humorem, ale prawdziwie)

Jak to już jest w naszej tradycji chóru przed wyjazdem spotkaliśmy się w kościele na krótkiej modlitwie prosząc o prowadzenie i błogosławieństwo w czasie podróży i podczas odpoczynku. Wyjechaliśmy późnym wieczorem, aby nie męczyć się podczas upału.

Jechaliśmy w ciemnościach, ale uśmiechnięci

Na miejsce dojechaliśmy szczęśliwie rano o godz. 9: 30 na śniadanie. Po śniadaniu zakwaterowaliśmy się w pokojach. Dzień pierwszy przeznaczyliśmy na odpoczynek i krótkie spacery po okolicy i przepięknym parku wokół zamku. Były osoby, które z pierwszego spaceru przynieśli ładne grzybki.

Tych radziłbym nie spożywać

Nazajutrz w niedzielę czekał na nas dość bogaty program. O godz. 7:30 szybkie śniadanie gdyż musieliśmy zdążyć na pierwsze nabożeństwo do Słupska, które rozpoczynało się o godz. 9:00 a podróż autobusem trwała ponad pół godziny (zdążyliśmy).

Kościół w Słupsku

Śpiewaliśmy na nabożeństwie polskojęzycznym i bezpośrednio po nim na niemieckojęzycznym, na którym to wykonaliśmy kilka pieśni w języku niemieckim.

Po skończonej służbie parafianie, choć nie było to zaplanowane, gdyż chcieliśmy się znaleźć jak najszybciej nad morzem, poczęstowali nas w swojej skromnej salce smacznymi wypiekami i kawą.
Było gwarno i wesoło a to także z tego względu, że do parafii w Słupsku przybył przed dwoma tygodniami nowy pastor.

Popołudniowy czas spędziliśmy w Ustce. Po zaparkowaniu autobusu, a trzeba wspomnieć, że nie było to łatwą sprawą w upalne niedzielne popołudnie, udaliśmy się do portu i na przejażdżkę statkiem po morzu (stary rybacki kuter przystosowany do przewozu pasażerów wycieczkowych bez utraty widoczności lądu). Wszystkim się podobało!

Rejs kutrem – niektórzy wystraszeni, ale wszyscy zadowoleni.

Wszyscy byli „zdrowi”, bo przed obiadem – upragnioną rybką, za którą słono a niektórzy bardzo słono zapłacili. Tak to już jest „im bliżej morza tym ryby cenniejsze”. Młodsze „odważniejsze” towarzystwo skorzystało nawet z kąpieli morskiej, choć temperatura wody nie przekraczała 15 st. C. Większość chórzystów spacerowała po nadmorskim deptaku i parku, gdyż na plaży nie było miejsca dla przybywających o tej porze nad wodę, dlatego w drodze powrotnej wszyscy byli zgodni, aby nazajutrz udać się do mniejszej miejscowości.

W poniedziałek pojechaliśmy do Rowów, a we wtorek do Jarosławca. Przez dwa słoneczne dni korzystaliśmy z uroków spokojnej, nie przeludnionej plaży i nieco tańszych rybek. Kto miał ochotę, to się kąpał w morzu, inni się przypiekli, prawie wszyscy byli zadowoleni.

Nasza Młodzież na plaży w Jarosławcu

Największą atrakcją naszego wyjazdu stał się środowy wypad na ruchome wydmy w Łebie.

Część chórzystów stronę wydm wyruszyła w tradycyjny sposób, czyli piechotką, inni pojechali wózkami akumulatorowymi.

Na najwyższą wydmę niełatwo się było wspiąć, najlepiej można to było wykonać bez obuwia. Na szczycie widoki były niesamowite i zapierające w piersiach dech, jest to unikalne miejsce na świecie.

Po powrocie z wydm należał się krótki odpoczynek i posiłek.

W drodze powrotnej w miejscowości Kluki zwiedzaliśmy skansen. Ciekawe miejsce, a eksponaty w chałupach przedstawiały życie na tych terenach nawet z XVII – go wieku.

Obecni mieszkańcy częstowali nas (po 2,50 zł / szt.) swoimi wypiekami, inni uzupełniali wcześniej wypocone płyny.

Ale smakowało

W czwartkowy poranek planowano wyjazd na pobliskie jeziorko i do lasu na grzybobranie, ale w związku z utrzymaniem się dobrej pogody większość zdecydowała, aby jeszcze raz pojechać nad morze. Więc udaliśmy się najkrótszą trasą do Jarosławca na plażę.

Był to dzień typowo wypoczynkowy. W drodze nad morze, jak to jest w tradycji naszego chóru, codziennie rozpoczynaliśmy od czytania Słowa Bożego z książeczki „Z Biblią na co dzień” i krótkiej modlitwy p. Janka (dyrygenta).

Było to nasze ostatnie spotkanie z morzem na tej wycieczce więc niektórzy dość długo moczyli nogi.

Zupełnie pełny relaks
A my „gulajem” po plaży

Nasze wszystkie wieczory zaczynały się na stołówce, gdzie konsumowaliśmy obiadokolację.
Stołowaliśmy się na stołówce uczniowskiej, w budynku w którym mieszkaliśmy. Jedzenie było może nie tak przystrojone jak w restauracji, ale za to smaczne i tanie.

Jedni się odchudzali
A inni nie
Tajne rozmowy w ukryciu – w oczekiwaniu na wrzątek

Wieczory spędzaliśmy na opowiadaniach, popijaniu herbatki w mniejszych grupkach, a przede wszystkim na spacerach po parku i okolicznym lesie. Oczywiście młodzież grała w piłkę lub bawiła się z zaprzyjaźnioną kawką.

Najważniejszym wieczorem naszego pobytu był wieczór czwartkowy, który składał się z dwóch ważnych wydarzeń:

Pierwszym wydarzeniem był koncert naszego chóru dla mieszkańców Warcina, oraz pracowników szkoły. W połowie naszego koncertu zaczął kropić deszcz, który z upływem czasu zaczął się nasilać więc musieliśmy skrócić nasz występ, aby pozwolić i tak niezbyt licznie zgromadzonej publiczności, opuścić widownię, która była pod „gołym niebem”.

W kuluarach dowiedzieliśmy się, że na tych samych schodach śpiewał kiedyś słynny Chór Stuligrosza.

Chociaż mokro i chłodno – służba przede wszystkim

Po koncercie odbyło się zaplanowane ognisko. Deszcz nam nie przeszkadzał, gdyż schroniliśmy się pod piękną i dużą altaną, która była przystosowana do palenia ognisk. Atmosfera była wyśmienita humory dopisywały wszystkim, toteż ognisko przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych.

Ostatni dzień zarezerwowaliśmy sobie na zwiedzanie zamku (obecnej szkoły – technikum leśnego) oraz okolicy:

Mgr inż. Piotr Mańka – Dyrektor Szkoły
Głowa żubra pilnująca skarbonki dla sponsorów

Zamek nie jest wieki jak inne zamczyska i pałace władców tego świata, ale przytulny i funkcjonalny. Natomiast opowieści p. Piotra (na zdjęciu powyżej) wprawiły w zachwyt większość chórzystów, a szczególnie dobre rady dziadka (rodem z m. Wyry).

Jedno z kół zainteresowań uczniów
Późne jagody – smakowite
Kwiaty wszędzie są piękne
Gdy nadeszły gęste chmury trzeba wracać do domu

Niestety wszystko co dobre to się szybko kończy

W drodze powrotnej nareszcie był czas na wypoczynek. Niektórzy tak się z sobą zżyli, że nie opuszczają się nawet w bardzo intymnych chwilach.

Nareszcie można się wyspać
Razem zawsze raźniej
Ostatnie spojrzenie na Pomorze
Chwila ciszy i zadumy

Wyjechaliśmy późnym popołudniem, aby nocą spokojnie powrócić do domu. Oczywiście robiliśmy krótkie przystanki ( nawet wstąpiliśmy do lasu na grzyby i narwać świeżych kwiatów wrzosu). W autobusie p. Renata pobudzała naszą czujność co chwilkę jakąś nową teorią, ale czasami (choć rzadko) robiła krótkie przerwy co widać na powyższym zdjęciu.

Wspomnienie minionej epoki
Zdziwienie na placu parafialnym

Przyjechaliśmy na plac parafialny w sobotni poranek, bo już w niedzielę śpiewaliśmy w Kamienicy na Pamiątce Założenia i poświęcenia.

Do zobaczenia za rok!

Opracował: Prezes Chóru – Jan Śliwka