Relacja z wycieczki do Ustronia Morskiego w dniach od 23 do 30.08.2004. (więcej serio niż żartem)

Wyjechaliśmy tradycyjnie z pod Parafii w Starym Bielsku. Zebraliśmy się wieczorem, zapakowaliśmy się do autobusu, pokrzepiliśmy się Słowem Bożym i zaopatrzeni w Błogosławieństwo p. Bożenki wyruszyliśmy w nocną podróż, aby trudy podróży nad bałtyckie morze przedrzemać w autokarze. Na miejsce dotarliśmy o godzinie 8:00, przed śniadaniem.

Zakwaterowaliśmy się w prywatnych pokojach w pensjonacie, natomiast zaprowiantowani byliśmy w budynku obok, w prywatnej stołówce. Mieszkaliśmy w małym przysiółku Ustronia Morskiego zwanym Wieniatowo w prywatnym pensjonacie, którego właścicielką była p. Maria Zielińska (małżonka burmistrza Ustronia Morskiego), oddzieleni od morza pasmem wydm i niewielkim lasem, z dala od hałasu ulicy czy gwaru pseudowczasowiczów wypoczywających przez robienie zakupów itp.

Aby dojść do plaży trzeba było wykonać 10 – cio minutowy spacerek, co jedni chwalili, a inni narzekali. Pogoda nam sprzyjała i zaraz po śniadaniu pierwszego dnia poszliśmy na plażę, przywitać się z morzem.

W drodze powrotnej z plaży można było się posilić lub jak to inni nazywali skosztować świeżo upieczonej rybki, a że wybór był dość duży degustować było trzeba codziennie.

Od samego początku było wesoło:

Janusz miał dość oryginalny strój, (mówił, że pomylił się i zabrał torbę żony) niewielu było takich co mu w to stwierdzenie uwierzyło. Słońce świeciło ale wiał dość silny wietrzyk, woda była zimna. Nie przeszkadzało to naszej młodzieży się wykąpać, a potem zgrzytać zębami i wygrzewać się w ręcznikach.

Nazajutrz pojechaliśmy na wycieczkę do pobliskiego Kołobrzegu. Przed południem zwiedzaliśmy Muzeum Wojska Polskiego, katedrę i nowo odrestaurowaną starówkę. Po południu podjechaliśmy do portu. Wybraliśmy się na wyprawę morską statkiem „Wiking”.

Nie brakowało atrakcji: fala była dość wysoka, więc dość mocno huśtało, kilka przymiarek sprzętu wikingów.

Po przybiciu do brzegu, udaliśmy się deptakiem nadmorskim w kierunku mola. To był czas wolny, który to niektóre panie bardzo lubią zwłaszcza gdy jest tyle straganów z tandetą (tzw. pamiątkami) jak wokół mola w Kołobrzegu. W późnych godzinach popołudniowych wróciliśmy do miejsca zakwaterowania. We czwartek mieliśmy dzień wolny czyli plażowanie i spacery po miejscowej plaży. Po południu zrobiliśmy sobie w niewielkiej świetlicy krótką próbę, a za to, że właścicielce się podobało poczęstowała nas świeżo upieczonym ciastem z jabłkami.

W piątek wyruszyliśmy wcześnie rano na wycieczkę na wyspę Wolin. Po drodze zatrzymaliśmy się w Kamieniu Pomorskim aby posłuchać muzyki organowej w miejscowej Katedrze. Na wyspie Wolin zatrzymaliśmy się w Międzyzdrojach, gdzie jedni poszli zobaczyć nowo wybudowane molo, a inni proamerykańską „aleję gwiazd”.

Następnie udaliśmy się do rezerwatu żubrów i na klif wysoki (oryginalne miejsce widokowe).

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Trzęsaczu, gdzie obejrzeliśmy ostatnią już ścianę kościółka, która jeszcze nie runęła do morza z wysokiego klifu. Następnie podjechaliśmy do miejscowości Niechorze, gdzie zwiedziliśmy piękną latarnię morską i ciekawe falochrony. Z Niechorza udaliśmy się do miejsca zakwaterowania na zasłużoną obiadokolację.

Sobota była dniem wolnym od wyjazdów. Wybraliśmy się wieczorem do restauracji, w której można było pośpiewać. Pojechaliśmy „Ciuchcią” zwiedzając całe Ustronie Morskie, zanim się zciemniło wszyscy poszliśmy na plażę na zachód słońca (pożegnać się z morzem).

Było nam wszystkim bardzo wesoło gdy okazało się, że śpiewanie bez tzw. linii melodycznej nie jest wcale takie łatwe. Zabawa była wyśmienita.

W niedzielę musieliśmy wcześnie wstać i wyruszyć w powrotną drogę do domu. Po drodze zatrzymaliśmy się w Koszalinie na nabożeństwie w starym zabytkowym kościółku im. Św Gertrudy. Po nabożeństwie zostaliśmy bardzo ciepło i wesoło przyjęci w salce parafialnej przez miejscowego proboszcza (jeszcze kawalera) ks. Janusza Staszczaka, który bardzo mile wspominał naszą p. katechetkę prosząc o jej pozdrowienie.

Po zjedzeniu wraz z księdzem obfitego obiadu w m. Karlino (to Karlino, gdzie był pożar szybu naftowego) zrobiliśmy sobie przed restauracją pamiątkowe zdjęcie i udaliśmy się w drogę powrotną. Dojechaliśmy szczęśliwie późnym wieczorem. Wszystkim się bardzo podobało, więc już pytano gdzie i kiedy pojedziemy za rok.

Opracował: Prezes Chóru – Jan Śliwka